Słowo na Niedzielę
IV Niedziela Wielkiego Postu 2012
ks. Daniel Geppert
Słowo na Niedzielę:
XXIX Niedziela Zwykła 2011 rok A
Konfrontacja na polu religii i polityki, która rozgrywa się w dzisiejszej Ewangelii znajduje swoje odzwierciedlenie w teraźniejszości. Dziś, tydzień po wyborach możemy odpowiedzieć, czy wszystko zostało wypełnione zgodnie ze słowami: oddajcie Cezarowi, co należy do Cezara, a Bogu, co należy do Boga? Faryzeusze, którzy stają wobec Jezusa, zachowują się jak dzieci, które lubią gry słowne. Z jednej strony wiedzą, iż ich przeciwnik jest mocny w tych sprawach, a z drugiej podchodzą do tematu bardzo nieżyczliwie. Bo słowami wiemy, iż jesteś prawdomówny, na nikim ci nie zależy podkreślają autorytet jakim cieszy się Jezus. Chcą jednak pokazać, że być może w tym nauczaniu Jezusa jest jakiś słaby punkt, który wykaże ich wielkość. Że prawdomówność nie jest powiązana ze sprawiedliwością. Jakże się mylili. Nie mniej jednak, swoim pytaniem rozpoczęli inną rzecz, którą jest poddawanie w wątpliwość tego, co od Boga pochodzi. Zapomnieli jednak, że Bóg kiedyś powiedział: myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami (Iz 55,8). Przyglądam się rozwojowi akcji na scenie politycznej, bo jestem częścią społeczeństwa. Ale odnoszę się w ocenie wydarzeń do wiary, bo ona mnie ukształtowała. I myślę sobie, że przecież Bóg się kiedyś o swoje upomni. Na myśl przychodzą mi słowa piosenki „Trudno nie wierzyć w nic” zespołu Raz Dwa Trzy: zapyta Bóg w swym niebie, co dałem Mu od siebie? Dalej jest odpowiedź: wierzyłem i kochałem… A jeśliby przenieść owo pytanie na teraz, to czy odpowiedzią nie byłyby słowa: wątpiłem i wojowałem? No bo jakaś część społeczeństwa dała się zmanipulować, namówić. Popłynęła z nurtem brudnej rzeki, zamiast uciekać do źródła, które jeszcze nie zostało zanieczyszczone. Być może będziemy w najbliższym czasie świadkami wielu sytuacji, kiedy wobec Kościoła zostaną wyciągnięte potężne działa, aby Go unicestwić. Aby wyłączyć go z życia publicznego, zepchnąć do podziemia. Przeszkadza krzyż, nauczanie religii w szkole jest zbrodnią, obecność duchownych na uroczystościach państwowych jest nadużyciem. Co jeszcze będzie tematem dyskusji, to się okaże. Ale jeśli państwo chce przejąć inicjatywę i zająć miejsce Boga, to tym samym chce sfałszować swoją historię. Odcięcie się od korzeni będzie prowadziło do umierania, tak samo jak to się dzieje z bożonarodzeniową choinką. Na początku jest zielona i pachnąca, ale pozbawiona korzenia zaczyna usychać i sypać się, aż pozostaje szkielet. Co wobec tego wszystkiego działa Pan Bóg? Uzbraja nas. Daje nam do ręki broń, tak jak przypasał ją do Cyrusa – perskiego króla, który Boga nie znał. Uczynił go swoim orędownikiem na ziemi, aby ludzie widzieli, że nie ma boga innego niż On sam. Broń która jest przeznaczona dla nas, nie wyrządza nikomu krzywdy, lecz przyczynia się do naprawiania. Mam na myśli chociażby Różaniec czy Koronkę. Bo te dwie modlitwy, choć niepozorne, mają wielką moc sprawczą. 30 minut potrzeba na jedną część Różańca, a tylko 10 minut na całą Koronkę. I jeśli wydaje ci się, że nie masz się za co modlić, to módl się za tych, co sami się nie modlą. Intencji jest bardzo wiele. Każdy, kto chwyta za ten sznur modlitewny, woła za siebie, swoją rodzinę, za naród i świat. Każdy dobija się do niebios bram o potrzebne łaski od Boga. I nawet jeśli my jesteśmy mocni, to wokół nas są ci, którzy potrzebują naszej modlitwy. Wszyscy, którzy przez podstęp, przez fałsz, przez odrzucenie Boga chcą zwyciężać, poniosą klęskę. A my możemy się do tego przyczynić. Możemy stawić temu czoła. I choć będzie nas kusić, aby nie modlić się, to tym bardziej się módlmy. Kiedy przyjmowaliśmy chrzest, nikt nie podstawiał naszym rodzicom umowy, w której niewygodne treści zapisano malutkim drukiem. Przyjmując chrzest oni w naszym imieniu zgodzili się na upodobnianie się nas do Boga. Wszystko jest jasne. Wszystko jest wiadome. Unikajmy zachowań charakterystycznych dla Faryzeuszy, którzy jedno mówią, a myślą i tak po swojemu. Którzy myślą, że ich zdanie jest jedyne prawdziwe, a oni są nieomylni. Nikt z ludzi nie jest wolny od błędów. Ale każdy z nas ma taką samą możliwość wykazania się i działania. Przyjąć Boga jako priorytet, by z Nim kształtować swoje człowieczeństwo. A jako moralnie uporządkowany, oddziaływać na państwo i społeczeństwo.
ks. Daniel Geppert
Słowo na Niedzielę:
XXVIII Niedziela Zwykła 2011 rok A
Trzeci tydzień z rzędu w Ewangelii słyszymy Jezusowe napominanie, że Królestwo Niebieskie jest na wyciągnięcie ręki. A każdy, kto myśli, że sam się do niego dostanie, jest w wielkim błędzie. Był gospodarz, był właściciel winnicy, a dziś jest król. W każdym z tych opisów jest obraz kogoś stojącego wysoko w hierarchii. Jest też obraz kogoś zagubionego. Nie brak także spojrzenia na ludzi opornych, przewrotnych, którzy za nic mają wszelkie prośby i zaproszenia, a którzy są gotowi do przemocy, aniżeli do pokornego zgodzenia się na wymagania. Za każdym razem ów dostojnik jest obrazem Boga. A ludzie z tych przypowieści, to wszyscy, którzy słuchają, lecz nie wypełniają poleceń. To ci, którzy bazują na pierwszym wyborze, na pierwszym wyznaniu wiary. Jakby ono miało wystarczyć na zapewnienie sobie wejścia do Królestwa Niebieskiego. Nieustannie potrzeba weryfikowania swoich poglądów, aby nie popaść w rutynę. Należy dokształcać się, bo zbliżanie się do rzeczywistości niebieskich zakłada stawanie się lepszym. Stąd uczymy się całe życie, podnosimy swoje kwalifikacje zawodowe, rozwijamy się kulturalnie. Kiedy dziś mowa o uczcie weselnej, to od razu wyobrażam sobie, że musi to być wspaniała uczta. Gdzie są dostojni goście, gdzie gospodarz do każdego z nich podchodzi życzliwie, zna po imieniu. Nie bywam na weselach, ale wystarczy mi popatrzyć na msze ślubne i zaproszonych gości. Nie ma wśród nich nikogo przypadkowego. Nie ma wśród nich nikogo ubranego w sposób niechlujny. Każdy stara się wyglądać przepięknie. I to pewnie jest powodem do stresu przed przeżyciem takiej uroczystości. No bo w co ja się ubiorę, lub co ja dam w prezencie? Jednak dzisiejsza Ewangelia nie jest tylko opowieścią o dylematach weselnej zabawy. Ona przede wszystkim traktuje o godności dziecka Bożego. Bóg w osobie króla niejednokrotnie wzywa do siebie. Chce bliskości, bycia razem w jednym miejscu, wśród wybornych gości. Jeśli to nie rusza człowieka, wysyła innych posłańców, którzy odbierani są jako intruzi, za co giną. Po tym jest gniew i potępienie. Przy trzecim wezwaniu Bóg swoje zaproszenie kieruje do innych adresatów. Do wszystkich, którzy chcą doświadczyć dobroci gospodarza. Wiedzą jednak, że trzeba choć minimalnego wysiłku, aby móc dobrze się bawić. Ten minimalizm polega na założeniu szaty weselnej. Przychodząc na Eucharystię, trzeba niektórym zadać pytanie: przyjacielu, jakże tu wszedłeś, nie mając stroju weselnego? Z jednej strony chodzi dosłownie o strój, a z drugiej o wewnętrzne przygotowanie do przyjęcia Jezusa. Coraz częściej możemy spotkać się z reklamą salonów SPA. Ich nazwa wywodzi się od łacińskiego Sanus Per Aquam – zdrowie przez wodę. Orzeźwiają, pozwalają się uspokoić, zrelaksować. A w Kościele takim zabiegiem jest spowiedź, która także przez wodę i krew z przebitego boku Jezusa daje nam uspokojenie, relaks, orzeźwienie. I to całkowicie za darmo! Spowiedź uwalnia od ciężaru grzechu. Pozwala spojrzeć na życie z nadzieją, że przecież sam nie muszę wszystkiego dźwigać. Że tak blisko jest Jezus, który pragnie dać mi weselną szatę i spotkać się ze mną na uczcie eucharystycznej. I choć może jestem gościem w Kościele, zgarniętym gdzieś na rozstaju dróg, to nie przekreśla to mojej szansy na przeżycie wspaniałej radości. Życie przynosi różne chwile słabości, które nie mogą nam zamykać drogi do zbawienia. One są pewnym utrudnieniem, są przeszkodą. To we mnie jednak tkwi ostateczna decyzja. Jest tylko jedno ale: czy ja jeszcze w to wierzę? Czy nie zrezygnowałem już z walki o czyste serce? Bóg zaprasza wszystkich do wspólnego świętowania. Lecz tylko niektórzy dostąpią tego zaszczytu.
ks. Daniel Geppert
Słowo na Niedzielę:
XXIII Niedziela Zwykła 2011 rok A
Człowiek nie jest stworzony do samotności, bo to wynika choćby z Księgi Rodzaju, gdy mężczyzna dopiero po stworzeniu kobiety odnalazł spokój. Tak więc wspólnota jest ważnym elementem życia człowieka. Nawet najmniejsza – dwuosobowa. To w niej jest szansa rozwoju. To w niej jest wsparcie i radość z dzielenia. Dzielenia losu, doświadczeń, mądrości. We wspólnocie też leży odpowiedzialność jednych za drugich. By to jednak funkcjonowało, potrzeba żyć w prawdzie. Jedynie prawda otwiera drzwi do zaufania. Z kolei zaś z zaufania bierze się odwaga do nazywania rzeczy po imieniu. W prawdzie umiemy nazwać dobro dobrem, a zło złem. W prawdzie czarne ani białe nie będzie innym kolorem, niż jest w rzeczywistości. Konkretne rzeczy nie będą czymś pośrednim. Jednak jeśli chodzi o napominanie braterskie, sprawa się komplikuje. Bo jeśli myślę, że zwracając uwagę o czyimś niestosownym zachowaniu, o niemoralnym sposobie życia mogę kogoś urazić, to jestem w błędzie. Bo czyją wtedy przyjmuję stronę? Staję za zakłamaniem, przyklejając mu etykietkę prawdy? I kogo w ten sposób chcę uchronić? Na dobrą sprawę wyrządzam krzywdę sobie wpędzając się w zakłopotanie, zamartwiam się, że nic nie uczyniłem. Z drugiej strony nie wypełniam obowiązku odpowiedzialności za bliźniego, gdyż pozwalam mu błądzić. A w taki sposób pozwalam ranić całą wspólnotę. Grzech bowiem nie jest prywatną sprawą, jak i sukces nie jest dziełem jednostki. Z kart historii możemy dowiedzieć się o wielu sytuacjach, w których napominający przypłacił życiem, za słowa prawdy. Przywołana dziś historia Ezechiela jasno pokazuje: mów to, co widzisz i nie ustawaj. Głoś bez wytchnienia prawdę, która jest. Rób to, aby na ciebie nie spadła odpowiedzialność za czyjś grzech. Bo w przeciwnym razie, gdy będziesz milczał, zamiast uratować jedno życie – tego błądzącego, zniszczysz dwa. Swoje za milczenie i jego za czyny, których się dopuścił. Napominanie sprawia, że w człowieku nie zaciera się granica między dobrem a złem. A że czasem, jeśli napominanie nie skutkuje i trzeba wykluczyć kogoś ze wspólnoty, nie jest to jeszcze koniec świata. To może być zabieg profilaktyczny, terapia wstrząsowa, która ma sprawić opamiętanie się tego błądzącego. Może zobaczyć, że zamiast zysku ponosi straty. Że zamiast zacieśniać więzy, nagle jest poza. I może to wyjść na dobre. Modne dziś słowo „tolerancja” zaciera wszystko. Ono dzisiaj ma oznaczać: przymknij oko na to co widzisz, czuj się wolny i pozwól innym robić co chcą, wyluzuj, aby inni mogli żyć bez zahamowań. Nie reaguj na błędy, lecz uważaj je za coś normalnego, bo przecież wszyscy tak robią. Słowo tolerancja nie jest równoważne miłości. A właśnie do miłości jesteśmy wezwani. Kochajmy się i czyńmy wszystko dobrym. Miłość nie wyrządza krzywdy, nawet jeśli jest w swoim działaniu wymagająca. Natomiast milczenie przynosi często nieodwracalne skutki. Upomnienie więc powinno spełniać kilka warunków, aby było prawdziwie braterskim. Musi wynikać ze szczerej troski o duszę i sumienie człowieka. Dobrze by było, aby było potwierdzone przez innych, którzy mogą mnie wesprzeć w głoszeniu prawdy. Powinno być dalekie od publicznego karcenia. Oraz ma przekonywać, że miłosierdzie Boże nie tylko jest większe od wszelkiego zła, ale że jest także nieskończone. Wypełniając te warunki mogę spokojnie powiedzieć: wypełniłem wszystko, co mogłem. Nie poddałem się, nie ugiąłem się pod presją.
Słowo na Niedzielę:
XXVII Niedziela Zwykła 2011 rok A
Obraz winnicy na niewiele się dzisiaj przyda, jeśli pozostaniemy tylko na poziomie pracy. Jeśli nie dostrzeże się tam odniesienia do współczesnego wymiaru życia, to ten przekaz będzie nie zrozumiały. Należy więc tę przypowieść podzielić na kilka części, które dopiero ukażą nadprzyrodzony wymiar tych słów. Co więcej, będzie można je odczytać także, jako aktualną sytuację dla Kościoła XXIw. Bóg przygotował wszystko bardzo dobrze – stworzył Raj na ziemi. Postawił tam człowieka, któremu wszystko dał pod władanie. Człowiek sprzeniewierzył się Bogu. Doznał ucisku nie z powodu zemsty Boga, lecz z powodu swojej zachłanności. Dostał się do niewoli, skąd Bóg go wyciągnął. Żył znów spokojnie, dopóki nie zaczął ponownie od Boga odchodzić. Więc Bóg posyłał swoich proroków, aby przez napomnienia wzbudzili w narodzie poczucie winy i żal za grzechy. To nie zadziałało, bo prorocy stracili życie: Amos od uderzeń maczugą, Micheasz został strącony ze skały, Izajasza rozcięto piłą na dwoje, Jeremiasza ukamienowano. Człowiek w dalszym ciągu uważał, że świat należy do niego, a Pan Bóg jest mu do niczego nie potrzebny. Kiedy Bóg posłał swojego Syna, aby wstrząsnąć ludźmi, by się opamiętali, ci nie zawahali się postąpić tak jak z prorokami. Pojawia się pytanie, co Bóg na tym zyskał? Skoro wydał wszystko co miał, pozostał ubogi. Jezus jest ostatnim posłanym do ludzi. Więc dzisiejszą przypowieść można uznać jako oskarżenie za złe postępowanie. Od tego czasu minęło 20 stuleci, a sytuacja jakby się powtarza. W jednej z rozmów, mężczyzna mówi do mnie: zastanawiam się jak to jest, że świat rozwija się, zmienia, a Kościół trwa dalej w tym samym miejscu. Ludzie zmieniają swoje postępowanie, bo różne sytuacje popychają ich do konkretnego postępowania (czyt. grzesznego), a Kościół nic nie zmienia, aby ułatwić życie. Czy w ten sposób nie traci liczby swoich członków? I odwołując się do dzisiejszej Ewangelii mogę być spokojny o los Kościoła. To, że ludzie odchodzą, oznacza tyle, iż dokonuje się wymiana „zarządców winnicy”. Każdy ma jednakowe szanse, aby wydać owoce swojego życia. Jeśli wszelkie zabiegi nie skutkują, wtedy przewidziano ogień, który wypali wszelkie chwasty lub nieurodzajne krzewy. Przypowieść nie jest jeszcze sądem, ale jest symulacją, która przewiduje skutki nieprawego postępowania. Jest więc także pouczeniem, które podkreśla wartość zasad. W życiu jest tak, że kto wymaga, zawsze jest nielubiany, najwięcej się na niego narzeka i krytykuje. A jeśli się już odejdzie się spod wpływów takiej osoby, dopiero docenia się wartość, jaką chciała przekazać. Że to co wydawało się wcześniej utrapieniem, dziś odbierane jest jako błogosławieństwo. Czasem wydaje mi się, że my w PL chcemy dalej żyć na fali przynajmniej 80% wiernych na niedzielnej mszy. W rzeczywistości trzeba się zadowolić max. 30%, którzy nie bez problemów akceptują to, co się dzieje. Bóg wyraźnie domaga się oddania Mu tego, co się Jemu należy. Odpowiedzialność nie leży jednak tylko po stronie pasterzy, ale w dużej mierze po stronie ludzi. Bo każdy z nas ma przynajmniej kilku znajomych, którzy są ochrzczeni, ale do Kościoła jest im nie po drodze. Zasady głoszone przez Kościół będą dla nich za trudne, lub zwyczajnie bezsensowne, bo zostali wciągnięci w sposób myślenia wykluczający Pana Boga. Zastanawiam się, na ile propozycje jakie są przedstawiane mogą być atrakcyjne dla wiernych. Bo czasem się wydaje, że pomysł duszpasterzy jest zbyt górnolotny wobec oczekiwań wiernych. I pytanie, jak temu zaradzić? Czy bardziej zdać się na głos oddolny, który wyrażany jest z dużą niepewnością, czy w dalszym ciągu strzelać pomysłami, a później narzekać, że nikt się nie zgłosił. Cały czas się poszukuje właściwych środków. Ale w dalszym ciągu są to tylko rozmowy z ludźmi, którzy w tej winnicy pracują i są bogobojni. Chrystus pozostaje więc tym odrzuconym kamieniem węgielnym, który na uboczu wygląda niepozornie. My przechodzimy obok, nie zdając sobie sprawy, że to jest drogocenny kamień, który może sprawić wzniesienie nowej budowli.
Słowo na Niedzielę:
XXVI Niedziela Zwykła 2011 rok A
Dzisiaj moje podejście jest identyczne, jak jednego z synów. Mówię, że nie będę pisał, a później przyszło opamiętanie. Po stronie nie pisania stało kila rzeczy: trwające rekolekcje, zbyt wiele rzeczy do zrobienia, słabość organizmu spowodowana przeziębieniem. Jednak po drugiej stronie też są konkretne argumenty. Przecież ileś osób wyczekuje do późna w sobotę na maila ze słowem. Ileś osób chce przeczytać komentarz do czytań na daną niedzielę. Bo nie chcą opierać się tylko na kazaniu parafialnym. Chcą coś więcej. I chwała im za to. Jeśli zobaczy się cel, jakim jest dążenie do bycia lepszym chrześcijaninem, to przecież nie można nikomu zabraniać. Dlatego warto dziś zwrócić uwagę na silną wolę i podejmowanie przez nas decyzji. Każda decyzja wiąże się z konsekwencjami. Zrealizowanie zadania to sukces, w którym pokonuje swoje słabości. Bo przecież wiele razy mam pokusę, aby zrezygnować. Niejednokrotnie przychodzi myśl, że dziś może wygram, ale jutro albo trochę później nie będę miał tyle siły, aby podjąć się trudu. Z takim nastawieniem trudno wygrać, bo z góry zakładam porażkę. Postawy obu synów są ze sobą sprzeczne. Patrząc na tego, który mówi, że nie będzie pracował, a później jednak poszedł do winnicy, określa się mianem późnego nawrócenia. Ta postawa jest przez Jezusa akceptowana, nawet pochwalana. Bo opamiętał się, że źle postąpił. Że swoim sprzeciwem mógł sprawić ojcu zawód. Przecież on na nim chciał polegać. W nim pokładał nadzieję. W dalszej perspektywie, jego praca nie będzie pracą dla ojca, ale na własny rachunek. Przecież przyjdzie czas, kiedy stanie się spadkobiercą majątku. Natomiast drugi z synów chcąc przypodobać się ojcu, mówi, że nie ma problemu, że pójdzie do winnicy. Ale tam nie dociera. Mówi tak, aby zyskać „święty spokój”. Aby sprawić, by nikt go nie nękał, nie przeszkadzał mu w realizacji siebie, swoich planów, swoich zachcianek. W czasie rekolekcji rozmawiając z prowadzącymi je pallotynami, jeden z nich powiedział: jeśli chcesz prosić kogoś o pomoc, to zwróć się do tego, który ma wiele zajęć, który ma dużo pracy. Bo jedno zadanie więcej nie będzie dla niego wielkim obciążeniem. Jeśli zwrócisz się do tego, co nic nie robi, to jedno zadanie będzie dla niego 100% wzrostem pracy. I jak wtedy się z tego wywiązać? Słabość woli, to coś, co dotyka każdego z nas. Aby nie popaść w pułapkę, pierwszą myślą przy podejmowaniu decyzji jest zasada, aby swoim działaniem nie szkodzić. Składając obietnicę, trzeba mierzyć siły na zamiary. Serce może być gorące, ale ciało letnie. Być może doświadczamy, że jednorazowe pozwolenie sobie na zwolnienie z wewnętrznej dyscypliny rozpoczyna lawinę potknięć. Jedno zwolnienie z modlitwy, bo mi się nie chce, sprawia, że w kolejnych dniach jest jej coraz mniej, aż w końcu nie ma jej wcale. Jedno odpuszczenie sobie mszy niedzielnej powoduje,że w następnym tygodniu też mi się nie będzie chciało, bo przecież poprzednio nie poszedłem i nie było tragedii. Jedno pozwolenie na zły czyn sprawia, że łatwiej popaść w nałóg. A wszystko po to, aby sprawdzić na ile jestem odporny, ile wytrzymam. I jakże później trudno jest się pozbierać i pójść do spowiedzi. Bo z góry zakładam, że przy dobrym nastawieniu, to ja może ze dwa tygodnie wytrzymam, a później i tak wrócę do złych nawyków. Każdy czas jest dobry, aby ocenić swoje życie i dokonać zmian. Wg słów Jezusa, każdy kto się nawraca sprawia większą radość w niebie, niż ten, co to niby żyje sprawiedliwie, ale bez rozwoju. Dobry Łotr w ostatniej godzinie życia zwrócił się do Jezusa, chcąc się zmienić, czy będzie o nim pamiętał? Pomocą jest orędzie miłosierdzia – kto chwyci się koronki, ten nie zginie. Kto zwróci się do Ojca, ten w każdym momencie może zacząć wypełniać Jego wolę. Nie ma granic końcowych. Tylko pewna myśl może i powinna mnie niepokoić: czy zbytnio nie zwlekam z opamiętaniem? Czy zbytnio się nie przyzwyczaiłem do takiego stanu, w którym nie widzę owoców, choć staram się wypełniać wszystko jak należy?
ks. Daniel Geppert